Rebelia – Rozdział 1

Cios przyszedł niespodziewanie. Hełm się rozgrzał, żołnierz się zachwiał. Pancerz jednak wytrzymał. Lin Mei odwróciła się błyskawicznie, robiąc jednocześnie krok do tyłu, płynnie niczym kot. Przyjrzała się przeciwnikowi. Słaby. W tym samym czasie implanty naprawiały uszkodzenia. Drobne wstrząśnienie mózgu, oceniła. Pancerz ma kilka przerwanych obwodów i przepalony zapasowy procesor sygnałowy. No i farba troszkę odrapana. Przeciwnik nie będzie miał tyle szczęścia. Zamachnął się znowu, ale Mei odskoczyła i uderzyła go pięścią w bok. Poleciały iskry, ale rebeliant nie upadł. Poczuła ból w lewym kolanie. Schyliła się. Nagolennik był zmiażdżony, noga cała we krwi. Kurwa. Sekundę później niebo zajęło się ogniem.

Znowu. Dlaczego? – Lin Mei pomyślała zaraz po ocknięciu. Było ciemno, za oknem padał deszcz. Na Nordheimie cały czas padał albo śnieg, albo marznący deszcz. Przeciągnęła dłonią po twarzy, wyczuwając blizny po oparzeniach. Kobayashi wyzwoliciel, kurwa jego mać. Zerknęła na zegar wiszący na ścianie. Jeszcze pół godziny.Wysunęła nogę spod koca, szybko ją jednak cofnęła. Zimno. Praca w kopalni była ciężka, dawała jednak możliwość ogrzania się. Bar Carrie też. I przynajmniej będą tam ludzie.

Długa noc dopiero się zaczęła. Ulica była pusta, pojedyncze latarnie dawały mało światła. Jak zwykle, padał deszcz. Rytmiczne kroki rozchlapywały kałuże. Ulicą szedł wysoki człowiek w czarnym, długim płaszczu. Na głowie miał staroświecki kapelusz. Nie było widać jego twarzy. Zatrzymał się pod szyldem, głoszącym że w budynku znajduje się bar Carrie, i że można się tam napić dobrej whisky czy piwa. Wszedł do środka.

Większość powierzchni baru zajmowały długie ławy. Większość była pusta. Gdzieś w rogu jakaś para zawzięcie o czymś dyskutowała. Gdy kobieta odwróciła się na chwilę w stronę słabego światła, uważny widz mógł zarejestrować blizny na jej twarzy. Gość nie zwrócił na nią uwagi, podszedł do baru.

– Whisky. Czystą – powiedział.

Stojąca za barem czarnoskóra kobieta bez słowa nalała mu szklankę do pełna. Gość wymamrotał ciche „Dziękuję” i usiadł przy wolnej ławie. Oparł się o ścianę i obserwował gości lokalu. Po prawej stronie miał wejście i parę siedzącą w rogu. Patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Grzmot obudził go. Spojrzał w lewo, krople deszczu dudniły na parapecie. Wypił łyk whisky. Przed nim siedziała jedna osoba, jakby na coś czekając. Kaptur zasłaniał jej twarz, nie można było rozróżnić płci. Przed nią stał kufel z piwem.

Gość był już nieźle wstawiony, gdy zaczęło się coś wreszcie dziać. Stare, stalowe drzwi zaskrzypiały, i do wnętrza weszła kobieta, ociekając wodą. Powiesiła czarną kurtkę obok pieca i podeszła do baru. Barmanka uśmiechnęła się na jej widok.

– Nie mamy wódki – powiedziała – Skończyła się wczoraj. Kiedy będzie dostawa – nie wiem.

– A whisky?

– Coś jeszcze jest. Tylko niedużo, bo część jest odstawiona dla admirała.

Gość drgnął, słysząc tak wysoki stopień. No tak, jest w gnieździe os.

– Ujdzie. Mimo wszystko szkoda że nie ma wódki. – Odwróciła się i zauważyła obcego. – Kto to taki?

– Nie wiem.Wypił już dwie kolejki, ale go toleruję, bo płaci nowymi dwukwarcówkami Republiki.

– Republiki? Szpieg?

– Może. Patrzy nam na ręce. Ale za dużo pije jak na szpiega. Nie wiem. Może powinnaś… – Nie dokończyła zdania, bo rozmówczyni wzięła flaszkę i szklankę, odwróciła się i podeszła do gościa. Gość uśmiechnął się i podał jej rękę.

– Byron Ivanovich – przedstawił się.

– F’kagto Zhuyn – odparła – kontradmirał F’kagto Zhuyn.

Uśmiechnął się. Usiedli. Byronowi właśnie skończyła się whisky, więc Zhuyn nalała mu i sobie. Przez chwilę nie odzywał się, próbował wyczytać jak najwięcej z jej twarzy. Wyczytał lekkie rozbawieniejego bezskutecznymi próbami.

– Co cię sprowadziło do zimnego Nordheimu? – przerwała milczenie.

– Nordheim – odparł – jako kolonia karna.

– Dawno nie mieliśmy tu gości. Co przeskrobałeś?

– Nic – westchnął. Zhuyn zrobiła się bardziej podejrzliwa. – Mam wiadomość dla admirała.

– Jaką? – zaciekawiła się.

– Dla admirała.

– Nie mam do niego dostępu.

Byron zdążył w międzyczasie wypić swoją kolejkę, dolała mu więc. Wyciągnęła tanie papierosy i zapaliła.

– Nie spodziewałem się, że jeszcze są miejsca, gdzie pali się to świństwo – zdziwił się gość.

– Jeszcze wiele rzeczy tu cię zadziwi – usłyszał z boku. Odwrócił się i zobaczył wycelowany w niego pistolet, a zaraz obok kobietę z bliznami na twarzy. Nonszalancko trzymała broń, łokieć oparła na kolanie. Stopę trzymała na ławie. Uśmiechała się złośliwie. Jej towarzysza nie było.

– Kim jesteś i co tu robisz, skurwielu? – rozpoczęła przesłuchanie.

– Byron Ivanovich. Admirał – zrezygnowany odpowiedział – a kim ty jesteś?

– Jaki admirał? – zignorowała jego pytanie.

– Floty Republiki.

– Zdrajca! Co ty tu kurwa jeszcze robisz? Powinieneś wisieć.

– Uspokój się, Mei – powiedziała Zhuyn – spokojnie sobie rozmawiamy.

– Ty go bronisz, bo nie jesteś inna od niego. Gdy protestowaliśmy i nadstawialiśmy karki, milczałaś. Czekałaś aż zdławią Drugą Rebelię, aż sądy rozstrzygną nasz los. Dopiero potem dobrowolnie udałaś się na wygnanie.

– A ty poszłaś za Kobayashim w ogień. Dosłownie. Spalił ci twarz, gdy pogrążył Pierwszą Rebelię pod popiołem. Gdy zaczynał drugą, ślepo za nim poszłać. Ja wiedziałam, jakie mieliście szanse. Kobayashi… – przerwała, bo drzwi wejściowe zaskrzypiały, wpuszczając nowych gości. Do baru wszedł niski Azjata w średnim wieku, z siwiejącymi włosami. Kobayashi.

– Co tu się dzieje? – spytał.

– Ten człowiek to zdrajca – Mei odpowiedziała, zanim ktokolwiek inny zdążył zareagować – twierdzi, że chce z panem rozmawiać.

– Tak? A co ma do zaoferowania?

– Nadzieję. Odbudowę – odpowiedział Byron.

– Szarlatanów mamy dosyć, nie potrzeba nam kolejnego. Nie jesteśmy gotowi. Nadzieja skończy się kolejnym rozczarowaniem.

– Ale… – Byron nie wiedział, co powiedzieć.

– Nie musisz się już produkować. Nie jestem zainteresowany, i tyle.

Admirał i jego świta usiedli po drugiej stronie sali. Mei już nie miała broni w ręku, więc Byron próbował wstać. Zatoczył się, Zhuyn pomogła mu odzyskać równowagę. Poszli w kierunku wyjścia. Gdy już mieli otworzyć drzwi, barmanka podeszła do nich.

– Carrie Ndu – przedstawiła się – kiedyś kontradmirał floty Republiki. Słyszałam, że masz jakąś ofertę dla admirała.

– Miałem. Już nie mam – gorzko odpowiedział Byron.

– To się da naprawić. Nasz admirał nie słucha obietnic, słucha czynów. Więc mów. Zobaczymy, co się da zrobić.

– Na orbicie stoją dwie fregaty. Jedna nowoczesna. Lojaliści stanowią mniejszość obu załóg. No i jednym z kapitanów jestem ja.

– Co chcesz zrobić? – zaciekawiła się Carrie.

– Są nieostrożni. Transport ląduje za pięć godzin. Drugim transportem przyleciałem ja. Możemy przejąć obydwa statki.

– To nierealne – odrzekła Zhuyn.

– Jak chcesz – uśmiechnęła się Carrie i wyszła z Byronem na ulicę. Padało jak zwykle.

Kobayashi miał paskudny dzień. Najpierw rozchorowała mu się córka, potem czekał kilka godzin w kolejce do sklepu, aż się okazało, że cały towar wyprzedano. Na dodatek ktoś próbował go okraść. A teraz jeszcze ten szarlatan przyszedł i próbował go oszukać. Sięgnął po kufel z piwem. Kapitan Ma Song dyskutował właśnie z Zhuyn o bitwie o Klin.

– No ale mówię ci – protestował Song – admirał mógł spokojnie ryzykować bezpośrednie wejście na orbitę i klasyczny desant poprzedzony bombardowaniem.

– Tak, i stracić pół floty – ripostowała Zhuyn – za to przy manewrze z przeskokiem do chmury Oorta i późniejszym biegiem na generatorach Higgsa straciliśmy ledwo trzy okręty.

– Fregatę i dwa krążowniki. Okręt flagowy ledwo się trzymał w całości. Ryzyko wcale nie mniejsze niż przy frontalnym ataku. Zemsta dostała tylko jednym pociskiem kinetycznym. Nie zdążyła wyłączyć generatorów Higgsa, pocisk zdmuchnął ją jak liść.

Kobayashi rozmarzył się. Wpatrywał się w kufel piwa przed sobą, patrzył jak światło świecy tworzy refleksy.

– Panie admirale, pilna wiadomość do pana! Panie admirale!

Kobayashi się ocknął.

– Puść po rezonatorach – powiedział.

– Panie admirale – z rezonatorów wydobył się znajomy głos – tu kontradmirał Ndu. Mamy flotę.

Reklamy

Spotkanie

Chaka wchodzi na orbitę. – zameldował komputer pokładowy.

– Dobrze – odpowiedziała kapitan. – przekaż im nasze koordynaty.

Po chwili czujniki przekazały obraz w szerokim zakresie widma. Kapitan nie lubiła oglądać widoków w podczerwieni czy też promieniowaniu rentgenowskim, więc szybko ograniczyła zakres do promieniowania widzialnego. Mała kropka niedaleko białego karła, wokół którego orbitowali, powiększała się szybko. Było już widać pewne detale, jak na przykład fosforyzująca smuga kondensacyjna silników podświetlnych, czy też jedno z ramion z czujnikami.

– Są już w zasięgu krótkiej łączności. – odezwał się komputer – Mam poprosić ich o zgodę na połączenie?

– Poczekaj trochę, muszę się jeszcze ponapawać widokiem. – kapitan była wyraźnie pod wrażeniem fregaty. Rzadki był to widok w tym rejonie galaktyki.

Fregata tymczasem rozłożyła panele hamujące i zanurkowała płytko w atmosferze gwiazdy. Wynurzyła się kilkadziesiąt tysięcy kilometrów za nimi. Dzięki manewrowaniu silnikami odległość ta zmniejszyła się do znośnych kilku tysięcy. Oba statki nawiązały krótką łączność.

– F’kagto Zhuyn, kapitan stacji Lagos.

– Basou Muhammad. – odparł gość. Podali sobie wirtualne dłonie. Obydwoje znajdowali się w białej przestrzeni – Kończy się nam paliwo. Według naszych danych jest tu stacja, gdzie można uzupełnić zapasy.

– O, klient! – odpowiedziała Zhuyn – Rzadko się to tutaj zdarza. Zapraszam więc do swojej mesy.

– Mesy? – zdziwił się Muhammad

– Ach, to takie pomieszczenie gdzie możemy spokojnie się dogadać. Zapraszam, naprawdę nie ma powodów do obaw.

Obydwoje znaleźli się w dość obszernym pomieszczeniu. Na środku znajdował się niski stół z kilkoma fotelami. Ogromne okno zajmowało jedną ze ścian, widok na gwiazdę był przepiękny. Z drugiej strony, nieco w kącie, stał drewniany stół bilardowy.

– Całkiem ładnie, – Muhammad był wyraźnie zaskoczony – wygląda na dość stare.

– Połowa XXI wieku. – wyjaśniła kapitan – To mesa Walkirii, pierwszego statku ze sztuczną grawitacją, co prawda wytwarzaną we wielkiej wirówce. Rozgość się. – wskazała mu jeden z foteli, siadając.

Gość usiadł, i natychmiast zmaterializowała się przed nim szklanka whisky. Odwrócił się w stronę gospodarza, i zdziwił się nagłą przemianą. Miała na sobie cywilne ubranie, odpowiednie do scenografii. Muhammad dopiero teraz dostrzegł, jak ten strój dyskretnie podkreśla jej dość duże piersi i kształtne biodra. Krótkie, jasne włosy otaczały jej twarz. Ładna. Szybko jednak przypomniał sobie, że w tym wirtualnym świecie mogła dowolnie zmieniać swój wygląd.

– Napij się, proszę. – Zhuyn lekko się uśmiechnęła. – Poczuj prawdziwy smak.

Muhammad wziął szklankę do ręki i wypił nieco.

– Co to prawdziwy smak? – spytał – Przecież wiesz, że mogę dowolnie zmienić moje odczucia. Siedzę w tym fotelu, jest miękki i wygodnie się w nim siedzi, ale czy czuję prawdziwy dotyk? Czy to tylko komputer przekazuje mojemu mózgowi odpowiednie bodźce? Nawet gdy nie steruję moim światem, jaka jest pewność, że widzę to co jest jakim jest?

– Po prostu pozwól odczuciom przejść bez kontroli. – upiła nieco ze swojej szklanki – Tak, jak robili to nasi przodkowie wiele lat temu. Rozluźnij się, proszę. To miejsce jest taką oazą spokoju, tu nie ma potrzeby się spieszyć.

– Po co to wszystko? – zdziwił się.

– Nie chciałbyś choć na chwilę odpocząć od codziennych spraw? – Zhuyn posmutniała – Nie chciałbyś poczuć się choć odrobinę inaczej niż zawsze, zaznać innych przyjemności? – lekko się uśmiechnęła do niego, jednocześnie niby nieświadomie eksponując swoje kształty.

– Po co? – Muhammad zdziwił się jeszcze bardziej – W ogóle straciliśmy już mnóstwo czasu, przejdźmy może do konkretów. Potrzebujemy paliwa. Nasze zbiorniki są już prawie całkowicie wyczerpane.

– Ile dokładnie potrzebujecie? – spytała Zhuyn, zasmucona nieco swoim niepowodzeniem.

– Czterdzieści pięć milionów jotadżuli. – odparł gość – Za chwilę Chaka podejdzie do dokowania.

– Czekaj, czekaj! A zapłata? – upomniała się.

– Jaka zapłata? – Muhammad zdziwiony odłożył szklankę na stół – Jestem dowódcą fregaty Republiki, potrzebuję paliwa, więc mi po prostu je dajcie.

– Nie jesteśmy w Republice. To jest prywatna stacja. Chcecie paliwo – musicie zapłacić. I nawet nie próbujcie przejąć stacji siłą, macie wyraźną przewagę, to prawda. Wasz problem jest taki, że potrzebujecie nieuszkodzonej stacji. My mamy ją obecnie w posiadaniu. Możemy zrobić z nią co chcemy.

– Czego chcecie? – zrezygnowany spytał.

– Waszej bazy danych. Oraz całej mocy obliczeniowej. Na czas ładowania.

– To za dużo. – oponował Muhammad – Twoja stacja potrzebuje kilku dni na zebranie takiej ilości energii, na tak długo nie mogę przekierować naszej mocy do was, zostawiając statek bez zarządzania.

– Przecież wasze podstawowe systemy to ledwie parę procent całych możliwości, chyba możecie się do nich ograniczyć?

– Wyobraź sobie – zaczął gość – że jesteś w niedokładnie zbadanym rejonie Galaktyki. Dane nawigacyjne się nie zgadzają. Czujniki przestają działać, zasilanie włącza się i wyłącza w losowych odstępach. Twój eksokorteks podsuwa ci nieistniejących ludzi – tych, którzy zmarli, i tych, którzy się jeszcze nie narodzili. Śluzy się nagle otwierają, wysysając kilku członków załogi na zewnątrz. Pole magnetyczne wiążące paliwo zaczyna pulsować jak oszalałe, ludzie dosłownie rozkładają się na twoich oczach. Oddałabyś wtedy całą nadzieję na obronę? Byłym wrogom? Nie patrz tak na mnie, wiem kim jesteś, Zhuyn.

– Domyślam się, że wiesz – wycedziła – tak, walczyłam po stronie Rebelii, ale co z tego? Rebelii nie ma, ja jestem.

– Dlaczego się wycofałaś? – spytał Muhammad – Przecież mogliście się jeszcze trzymać wiele dziesiątek lat.

– Złe pytanie – uśmiechnęła się.

– Damy wam czwartą część mocy i dane z okolicy kilku lat świetlnych – Muhammad zmienił temat.

– Złe pytanie – powtórzyła kapitan.

– Jakie pytanie? – gość wyraźnie zaczął się denerwować.

– Zadaj dobre pytanie, ja ci odpowiem – wyjaśniła Zhuyn.

– Dlaczego tu jesteś? – zrezygnowany spytał.

– Czwarta część, zgoda – kapitan F’kagto uśmiechnęła się lekko, odwróciła się i wyszła z mesy.